Life (2017) – Daniel Espinosa (recenzja)

0

Pamiętacie jak wraz z Agą chcieliśmy się wybrać na ten Life (2017) w jego premierę, ale zdecydowaliśmy się obejrzeć super fajny horror na Netflix? Poszliśmy w końcu w środę i oto moja recenzja.

Film Life (2017) miał być nowym i lepszym Obcym, ale okazał się kolejnym filmem o którym zapomina się w momencie wyjścia z kina. Postaram sobie jednak coś przypomnieć i powiedzieć, dlaczego moim zdaniem jest to nie tylko słaby horror, ale też słaby film. Będą spoilery, ale nie ma to znaczenia, bo mam nadzieję, że po mojej recenzji i tak na to nie pójdziecie.

Nie straszny horror kosmiczny

Naukowcy latający dookoła Ziemi na stacji kosmicznej, przechwytują próbki z Marsa i zaczynają ich analizę. W jednej próbce znajdują życie! Jedną komórkę, która wybudza się z hibernacji, rośnie jak na drożdżach (albo raczej jak drożdże) po czym zabija i zjada całą załogę. Koniec filmu. Nie widziałem w tym nic strasznego. Tak naprawdę najbardziej przerażała mnie głupota załogi, ale o tym za chwilę. Na początek na warsztat weźmy samego potwora.

Mordercza komórka z Marsa

Calvin, bo tak dzieci ze zwycięskiej szkoły w konkursie nazwały istotę z Marsa, jest komórką, która się rozmnaża i jako grupa komórek działa jak organizm. Ciekawe jest to, że każda komórka jest jakby komórką macierzystą, która może przybrać jakąkolwiek funkcję. Fajna koncepcja, szkoda tylko, że nie została ona później wykorzystana w filmie. Na początku komórki tworzą coś na kształt wypustki koralowca, potem Calvin przekształca się w żelowatą rozgwiazdę, która zamienia się z rozgwiazdo-meduzę, by na końcu stać się rozgwiazdo-meduzą z głową węża. Jednak już w formie małej żelowatej rozgwiazdy ma wystarczająco siły by zgnieść dorosłemu mężczyźnie dłoń i doprowadzić do omdlenia. Mniej więcej w tym samym czasie to zabójcze stworzenie staje się inteligentniejsze od załogi statku, gdyż już potrafi używać narzędzi by wydostać się z inkubatora. Ja wiem że to obca biologia jest, ale jeżeli coś jako noworodek jest już mądrzejsze od człowieka, to zasługuje na wybicie załogi i opanowanie świata.

Wiele osób zachwalało efekty specjalne i grafikę komputerową w filmie od samego Calvina po ujęcia z kosmosu. Ja byłem zadowolony połowicznie. Fakt, ujęcia z kosmosu Hollywood doprowadził do perfekcji, co widać na przykładzie Grawitacji (2013) czy innych Interstellarach (2014), ale render obcego nie zachwycił mnie w ogóle.

CGI dzieli się u mnie na dwie grupy – tę którą widzę i tę której nie widzę. Jeżeli oglądam film i dopiero podczas zgłębiania pracy za kulisami uświadamiam sobie, że tego naprawdę nie było, to jestem zadowolony, jednak gdy widzę dziwną, zbyt wygenerowaną powierzchnię lub odcinanie się obiektu od tła to film na u mnie kciuk w dół. Tak samo jest z montażem i pracą kamery – jeżeli je widzisz, to znaczy, że coś jest nie tak. Oczywiście przymykam oko na stare filmy, ale skoro jeden chłopak mógł zrobić w afterze coś takiego jak filmik poniżej w 2009 roku, to słabe efekty specjalne dzisiaj po prostu newybaczalne.

Reklama

To co mnie boli, to fakt, że Life (2017) jest mieszanką słabego CGI Calvina z dobrym CGI wszystkiego innego, ale to właśnie Calvin jest główną postacią tego filmu.

Ten film buduje fajne napięcie początku, by potem się przewraca i utrzymuje zainteresowanie widza w rytm sygnału EKG nieboszczyka. Calvin jest widoczny od początku do końca filmu co eliminuje strach przed nieznanym oraz niepewność czy nie jest za rogiem. Mamy więc nie straszny twór, który nas nie zaskakuje, bo właściwie zawsze wiemy gdzie jest i mordowaną załogę z którą się nie utożsamiamy. Bo jak można utożsamiać się z idiotami?

Jak ktoś jest głupi to nawet Calvin go nie uratuje

Przez cały film nie zastanawiasz się czy załoga zabije obcego, tylko czy Calvin zdąży wybić całą załogę zanim załoga z własnej głupoty nie wybije siebie sama.

Na początku załoga przechwytuje próbki z Marsa w takim stylu, że dziwne, że cała stacja kosmiczna nie rozpadła się na kawałki. Później doktor Hugh Derry bawi się z małym mobilnym Calvinem przez gumowe rękawice. Skąd wiadomo, czy Calvin nie ma umiejętności przebicia się przez rękawice jakimś żądłem? Jest w końcu niezbadanym organizmem. Gdy Hugh traci przytomność, Calvin przebija rękawicę i przedostaje się do laboratorium. Skoro to jest obca biologia, prawdopodobnie może być jakimś patogenem, więc ratowanie doktora jest bez sensu. Aż dziwne, że nie ma na to procedury. Choć później i tak się okazuje, że laboratorium nie jest szczelnie oddzielone od reszty statku, gdyż Calvinowi udaje się uciec przez system spryskiwaczy pożarowych. Swoją drogą… Serio? Spryskiwacze na statku kosmicznym? Nie lepiej gasić ogień próżnią? No nic, Hugh jest wyciągnięty z laboratorium (może nie zarazi całej załogi), ale Calvin dopada Rory’ego Adamsa (granego przez Ryana Reynoldsa) i przerabia go tak, że wygląda jak pewien super bohater grany przez tego samego aktora. Ah… No prawie zapomniałem. Zanim Calvin dopada Rory’ego, ten prawie podpala całe laboratorium kosmicznym miotaczem ognia (stąd te spryskiwacze).

Połączenie radiowe z Ziemią się skopało przez Calvina w armaturze statku czy coś, więc ktoś musi ręcznie naprawić usterkę z zewnątrz stacji kosmicznej. Na naprawę decyduje się Katerina Golovkina, bo Rory Adams przeszedł na drugą stronę tęczy. Choć Calvin wygląda jak żelowa meduzo-rozgwiazda i podobno oddycha tlenem, to próżnia nie ma na niego wpływu. Niech będzie – to w końcu tylko film. Calvin dopada Katerinę, która próbuje się dostać z powrotem do stacji kosmicznej. Gdy jest już przy włazie ma przebłysk geniuszu (!) i decyduje się na nie otwieranie włazu, by nie wpuścić Calvina do środka. Super pomysł! Dlaczego nie wpadła przy tym na pomysł, by złapać Calvina w objęcia i odepchnąć się od statku zabierając cholerę w kosmos? Oj, głupi jestem! Przecież horror by się wtedy skończył przedwcześnie i nie mógłby męczyć widzów przez kolejne czterdzieści minut! Calvin próbuje się dostać do statku przez dyszę silnika. Jak to jest połączone z wnętrzem statu przechodzi moje pojęcie, ale jakoś historię trzeba przecież ciągnąć do przodu! Załoga wpada na pomysł, że wypchną Calvina w kosmos odpalając silnik, gdy Marsjanin wejdzie do dyszy. Super! Szkoda tylko, że urzeczywistniając ten genialny pomysł załoga wprowadza całą stację kosmiczną na trajektorię kolizyjną z Ziemią! Serio? Nikt nie pomyślał, że włączając losowo silniki można albo walnąć w Ziemię, albo opuścić jej orbitę?

Mógłbym pisać tak dalej, ale reasumując moją tezę: każdy pomysł załogi jest po prostu głupszy od poprzedniego! Przynajmniej w przypadku Obcego z 1986 za Ripley trzymało się kciuki, by uszła z życiem. Tutaj przez połowę filmu myślałem sobie „jak głupi, to niech giną”.

Podsumowanie

Nie napisałem nic na temat aspektu wizualnego tego filmu. Na początku chciałem go nawet pochwalić, bo ma ładne obrazki. Jednak po krótkiej refleksji doszedłem do wniosku, że nie różni się on niczym od każdego innego Hollywoodzkiego filmu ostatnich czasów. Typowe ujęcia, nasycone kolory, z kolor gradingiem wpadającym w oklepaną już pomarańcz w światłach i cyjanowo-morskim w cieniach.

Także Life (2017) to nic nadzwyczajnego – strata czasu i pieniędzy. Tak, nawet tych 16 PLN za bilet w środę.