Powidoki (2016) – Andrzej Wajda (recenzja)

0

Powidoki, inaczej obraz następczy, to bardzo interesujące zjawisko optyczne związane z budową naszej siatkówki gałki ocznej. Dzięki temu zjawisku wykonując polecenia tego obrazka zobaczysz na ścianie Jezusa, albo będziesz widział kolorową fotografię, gdy w rzeczywistości jest ona czarno-biała.

Najgorsze jest to, że właśnie udało mi się lepiej przedstawić zjawisko kontrastu zastępczego, niż zrobił to Bogusław Linda grający Władysława Strzemińskiego, a powyższe dwa obrazki są bardziej interesujące niż sam film Andrzeja Wajdy.

Zwiastun – ściema jak zawsze

Oglądając zwiastun „Powidoki” miałem wrażenie, że to będzie dobry film. Czułem, że to będzie takie polskie „Stowarzyszenie Umarłych Poetów” w scenerii powojennej Polski, tylko zamiast Johna Keatinga pociągającego swoich studentów do odrzucenia rygorystycznych zasad tradycyjnej uczelni, mamy Władysława Strzemińskiego, znanego artystę i twórcę unizmu, który popchnie zapatrzonych i wielbiących go studentów do niezależnego myślenia i wyznawania własnych wartości w czasach, w których wyznawanie własnych zasad nie jest pożądane. To będzie dobre! On będzie cichym bohaterem – wyobrażałem sobie – człowiekiem, który nie mając jednej nogi i ręki, będzie miał coś czego uciąć się nie da; ideę, która nakreśli jego apostołom sztuki (ale żem wymyślił… Apostołom sztuki…) jak balansować na granicy ustroju i własnej godności!

Ale nie. Nic z tych rzeczy! Film przedstawia artystę, któremu nie podoba się ustrój (czego nie ukrywa), więc władza wywala go z pracy, kasuje mu legitymację, pozbawia kartek na mięso, dochodów, a potem artysta umiera. Ale zanim umrze to jeszcze musi się zeszmacić malując portrety Stalina w ostatniej pracy w jakiej ktoś go zatrudnił. Nie mam oczywiście pretensji do tego, że malował portrety Stalina będąc w opozycji do jego idei, ale o to, że film przedstawił to tak, jakby nie miał z tym żadnego problemu.

W filmie, zamiast stać się ideologicznym wodzem, Strzemiński po prostu był nikim. Postać była nijaka, więc nijaki był też film.

Obsada

Patrząc na obsadę filmu dochodzę do wniosku, że zrobił on krzywkę trzem głównym aktorom: Bogusławowi Lindzie, Zofii Wichłacz i Bronisławie Zamachowskiej.

Bronisława Zamachowska

Reklama

No dobra, tak naprawdę Bronisława krzywdę zrobiła sobie sama pokazując swoją twarz na srebrnym ekranie, a może nawet swoją twarzą skrzywdziła ten ekran. Mając słynne nazwisko istnieją dwie prawdy. Pierwszą prawdą jest to, że będzie Ci łatwiej na start, bo nawet jeżeli twoi rodzice nie będą używać swoich kontaktów, by Ci pomóc, to samo nazwisko będzie nieraz wystarczającym pretekstem by cię gdzieś zwerbować. Drugą prawdą jest to, że o ile start masz łatwiejszy, to cała Twoja kariera będzie zawsze oceniana w odniesieniu do rodzica. By twoje aktorstwo było uznane musisz włożyć 200% tego co inni aktorzy i dorównać lub przerosnąć swojego rodzica. Inaczej narażasz się na śmieszność. Z kolei jeżeli nawet rodzica przerośniesz, to i tak wszyscy będę oceniać Cię w takim kontekście.

Mnie też się to nie podoba, ale tak już jest. Dla przykładu, Maciej Stuhr jest moim zdaniem znakomitym aktorem, który z pewnością dorównał swojemu ojcu, ale… No właśnie… Od razu myślę w kategoriach „czy dorównał”. A może by go porównać z innymi aktorami w jego wieku?

Bronisława nie ma jednak tak dobrze jak Maciej, bo rolę Niki Strzemińskiej po prostu położyła. Ona ją do takiego stopnia zmasakrowała, że nie mogłem wczuć się w film. Sama historia też tego nie ułatwiała, ale sztuczność Bronki sprawiała, że teksty Lindy (który, trzeba to zaznaczyć, grał na wysokim poziomie) korodowały od dukania jego filmowej córki.

Bronka grała jak robot, a teksty recytowała tak samo beznadziejnie jak propagandowy wierszyk o Stalinie. Niech mi tylko nikt nie mówi, że młoda aktorka chciała przedstawić dziecko, które doświadczyło drugiej wojny światowej i dlatego jest tak emocjonalnie bezpłciowe – Jakobina Ingeborga Strzemińska urodziła się w 1936 i wojny z pewnością nie pamiętała. Patrząc na tak mizerną grę aktorską w filmie tak znanego reżysera jak Andrzej Wajda wręcz ciśnie się na usta słowo nepotyzm.

Aż zastanawiałem się jak mógł wyglądać dialog między Zbigniewem a Andrzejem.
– Hej Andrzej, wziąłbyś Bronkę do tego swojego nowego filmu?
– Ej Zbychu, ale ta Twoja córa to mierna aktorsko jest.
– Kurde no, dzieciak chce, a jak jej nigdzie nie wcisnę to Olka mnie za jaja powiesi.
– A chuj! Niech będzie. Pewnie i tak kopnę w kalendarz zanim z tej produkcji hajsy zobaczę.

Znam ośmiolatków, którzy lepiej grają od tej dziewczyny. Nie wierzę by na kastingu nie pojawił się nikt z większym talentem aktorskim. Po prostu nie wierzę.

Zofia Wichłacz

Zofii, moim zdaniem, krzywdę ten film zrobił największą. Mimo jej dobrej gry aktorskiej postać Hani jest tak jednowymiarowa, że aż boli.

– Andrzej, powiedź, jaka jest istota mojej postaci? – spytała Zosia patrząc na scenariusz.
– No, że jesteś kochanką tego Strzemińskiego tylko, że nigdy się z nim nie kochasz.
– To co ja mam robić?
– Po prostu nieustannie wpatruj się w niego jak cielę.
– I tyle?
– Dokładnie – powiedział Andrzej. – Z resztą rób cokolwiek. I tak pewnie kopnę w kalendarz zanim z tej produkcji piniądz wyciągnę.

Tak na poważnie to bardzo lubię Zofię Wichłacz i uważam, że jest jedną z najbardziej obiecujących aktorek swojej generacji. Miasto 44 aktorka zagrała bardzo dobrze, ale największy szacunek nabrałem do niej podczas piątej edycji konkursu 48 Hour Film Project, gdzie ekipy filmowe muszą zrobić siedmiominutowy film w 48 godzin. Brałem udział w tym konkursie i przyznam, że stworzenie siedmiominutowego romansu w 48 godzin, tak by widz wczuł się w sytuację, jest nie lada wyzwaniem. Uważam, że Jakub Józefowicz genialnie wyreżyserował swój film (a doświadczając ograniczenia 48 godzin, to wręcz kłaniam się w pół), a Zosia po prostu mistrzowsko udźwignęła tę produkcję aktorsko i pociągnęła ją do samego końca. Zachęcam do obejrzenia „Get to my love”.

W przypadku Powidoków Zosia za bardzo nie ma się czym pochwalić i to całkowicie nie z jej winy. Ona swoją rolę zagrała najlepiej jak się tylko dało. Kupiłem nawet tę jej całkowitą fascynację dorosłym mężczyzną będącym ikoną w swojej branży. Problem w tym, że na tym kończy się jej rola. Trudno jest zrobić coś z niczego. W przypadku Wichłacz boli to podwójnie, bo jakby jej coś dać (cokolwiek), to wiem, że przerobiłaby to na diament.

Zosi życzę jak najlepiej. A ja, choć żałuję obejrzenia większości polskich produkcji, chętnie zobaczyłbym kolejny film z jej udziałem.

Bogusław Linda

Bogusław Linda o filmie wypowiedział się dla zagranicznych mediów tak:

„Wie Pan co? Pamiętam ten scenariusz który był naprawdę chujowy. No po prostu był niedobry i jednocześnie myśmy prosili paru scenarzystów, Władka Pasikowskiego, paru którzy by być może napisali coś innego. I oni pisali jakby inne historie. Dostaliśmy ze trzy scenariusze, ale nie miały jednej rzeczy; beznadziei. Bo w tym filmie, bo to znaczy, to coś to jest przeraźliwe, ale to co ja gdzieś tam pamiętam z, jakby głębi dzieciństwa; taką totalną beznadzieję. Totalną beznadzieję. I pomyślałem sobie, jeżeli to się da przenieść, tylko to, to już będzie coś jakby w tym filmie.
(…)
Dla mnie to znaczy to, że ja jakby muszę jeździć, ponieważ Andrzej nie żyje. (…) Ja muszę za niego jeździć po kurwa całym jebanym świecie i świecić ryjem we wszystkich miejscach.”

Linda powyższe słowa powiedział już po wywiadzie i wyraźnie nie był zadowolony, że wypłynęły w świat. Nie ukrywam, że tego typu wypowiedzi spodziewałbym się po Megan Fox, a nie po aktorze z takim doświadczeniem zawodowym jak Bogusław Linda, ale fakt jest faktem; scenariusz pokazuje totalną beznadzieję, ale brakuje jakiegokolwiek morału tej beznadziei. Jest po prostu beznadzieja i koniec.

Do aktorstwa Lindy nie można się przyczepić – aktor światowego poziomu gra na światowym poziomie. Problem z postacią Strzemińskiego jest taki sam jak z Hanią; jest jednowymiarowa. O ile w przypadku postaci drugoplanowej, jaką jest Hania, to nie boli, to Strzemiński jest esencją tego filmu. A tak samo jak z Hanią, nic nie robi i nic się z nim (wewnętrznie) nie dzieje. Oczywiście odbierane są mu kolejne przywileje, ale nie ma to na tej postaci żadnego wyraźnego efektu. Nie ma załamania nerwowego, ani chęci radykalnego odwetu, ani cichego niszczenia ustroju poprzez szerzenie ideologii wolności. Nie ma nic. Osoba tłamszona, albo walczy, albo się łamie, ale żadne z tych stanowisk nie jest neutralne. Tymczasem postać Strzemińskiego jest nijaka.

Scenariusz

Po obejrzeniu filmu uznałem, że scenariusz był drewniany. Zanim jednak całkowicie spisałem go na straty, postanowiłem dać mu drugą szansę i sprawdzić opinię krytyków, którzy ten film uznali za dobry. Niestety, żaden argument oceniający ten film na plus mnie nie przekonał. Nie lubię wyciągania z czegoś artyzmu na siłę. Jeżeli na ziemi leży rozwalony but, to prawdopodobnie dopadł go jakiś pies. Nie jest to za to jakiś eksponat górnolotnie krytykujący swoją formą rozdarcie społeczne, gdzie brudna podeszwa obrazuje klasę roboczą wykonującą pracę dla idealnie wypolerowanej krokodylej skórki arystokratów…

Nie mówcie mi nic o filmie manifestującym potrzebę wewnętrznej wolności. Ten film przedstawiał opresję głównego bohatera, który został stłamszony przez władzę a potem w końcu umarł. Co prawda trochę się pluł na początku filmu, że sztuka nie powinna podlegać ustrojowi, ale chwilę później pokornie malował obrazy Stalina. Nie wmawiajcie mi, że w filmie Strzemiński jest jakąś inspirującą postacią stawiającą opór władzy, która chce ograniczyć jego wolność artystyczną, gdyż dość szybko się poddał, a jego studenci, którzy go wielbili zostali odesłani przez niego z kwitkiem, schowali ogony po sobie i się dostosowali. Jedynie Hania została z nim dłużej, ale też została odrzucona, a później złapana przez odpowiednie służby i do końca filmu nie wiemy co się z nią stało.

Ogólnie trudno filmowego Strzemińskiego podciągnąć pod inspirację, gdyż praktycznie odsunął wszystkich, którzy byli w jego otoczeniu w tym żonę i własne dziecko. Równie trudno pod taką inspirację podciągnąć prawdziwego artystę, który delikatnie mówiąc nie był tak krystalicznie nieskazitelny jak został przedstawiony w filmie. Sam wybór postaci przykładnego człowieka jest więc chybiony.

Nie rozpatrujmy jednak tego filmu jako dokumentu, czy biografii bo zwyczajnie nimi nie jest. Tylko jak go rozpatrywać? Jako film polityczny czy moralizujący? Jedyny jasny przekaz jaki byłem w stanie z jego wyciągnąć to:

Jeżeli jesteś przeciwko obecnie panującemu ustrojowi, to schowaj uszy po sobie, nie odzywaj się i stań się konformistą. Z władzą nie wygrasz.

To dziwne, bo z różnych relacji zamierzeniem filmu raczej było coś w stylu:

Żyj zgodnie z własnymi poglądami i nie daj się złamać. Każdy ustrój, jak wszystko inne, kiedyś przemija.

Tego jednak bezpośrednio z filmu Powidoki nie wydedukujesz.

Czy coś mi się w ogóle podobało?

Tak. Podobał mi się aspekt wizualny tego filmu. Przepiękne i głębokie było ujęcie nienaruszonego białego płótna „zalewanego” barwą krwisto-czerwonego socjalizmu, gdy za oknem mieszkania Strzemińskiego wieszano właśnie baner Stalina. Podobała mi się również pięknie dopracowana scenografia, kostiumografia i kolorystyka filmu podkreślająca jego klimat.

Jednak wszystko to co w tym filmie dobre jest drugoplanowe. Jeżeli historia ma chujowy scenariusz (parafrazując Lindę), to ładne ujęcia i kolorystyka tu nic nie pomogą.

Podsumowanie

Wszystko co podobało mi się w filmie ukazało się w zwiastunie. Także zamiast iść do kina, obejrzyj sobie zwiastun Powidoków w nagłówku tego wpisu, a zaoszczędzone pieniądze przelej mi na paypal’a przeznacz na coś innego.

Sorry Andrzej, Oskara nie będzie. Chociaż… Skoro Ida Oskara dostała…