Most Szpiegów (2015) – Steven Spielberg (recenzja)

0

Most szpiegów jest filmem, który gorąco polecam ze względu na interesującą historię z życia wziętą, znakomitą grę aktorską oraz przepiękne i bardzo przemyślane ujęcia. Dosłownie każdy kadr jest jak fotografia. Piękna kolorystyka, piękne światło. Jest tylko jeden mały szczegół, który trochę zepsuł mi cały film.

Jeżeli jeszcze nie oglądałeś/oglądałaś filmu „Most szpiegów” (ang. Bridge of Spies) i nie chcesz go sobie zepsuć zakończ oglądanie, gdy zobaczysz poniższe ujęcie. Po nim dosłownie wszystko schodzi na psy.

Jednak zanim zacznę spoilerować (nie martw się, ostrzegę) powiedzmy o walorach tej produkcji.

Kadry i prowadzenie kamery

Kadry w filmie „Most szpiegów” są piękne zarówno pod względem kompozycji, kolorystyki i światła. Widać to od pierwszego ujęcia, gdy Rudolf Abel maluje swój autoportret, aż po ostatnie ujęcie Jamesa B. Donovana w pociągu. Są one robione na styl tamtych lat, gdzie dominuje morsko-turkusowa dominanta, bardzo duży kontrast, spłaszczone cienie i analogowy szum. Trochę to przypomina stare fotografie co nie jest dziwne, gdyż film został nagrany an 35 milimetrowej kliszy (między innymi na Kodak Vision3 250D Color Negative Film 5207 i Vision3 500T Color Negative Film 5219). Każde ujęcie jest przemyślane i pcha film do przodu. Nie ukrywam, że mnie niektóre ujęcia wybijały z fabuły, ale to dlatego, bo były tak dobrze technicznie nagrane.

Jazda kamery nie jest idealnie gładka, pływa, co sugeruje, że ujęcia były robione „z ręki” (czyli ze stedicama). To również wpasowuje się w klimat tego filmu i symuluje klasyczną technikę filmową.

Nie bez znaczenia były też same kolory, które wzmacniają przekaz filmu. Są one w tym filmie bardzo wyraźne. Mamy ujęcie, gdy James jest w celi, która jest w barwach zepsutej zieleni, jest szaroniebieska sceneria zimnego Berlina, zdecydowany niebieski kolor bezpardonowego agenta CIA, spokojny błękit, gdy James wraca do domu i ciepły żółty, gdy jest już w ciepłej scenerii mieszkania, a nawet mocna krwista czerwień podkreślająca Związek Radziecki podczas negocjacji.

Kostiumografia, scenografia i detale

Reklama

Przy produkcji za 40 milion dolarów prowadzonego przez znakomitego reżysera nie mam miejsca na złą kostiumografię i scenografię. Wszystko jest dopracowane do najmniejszego szczegółu. Podobają mi się stare samochody na ulicach, szyldy, a nawet fotografowie prasowi robiący zdjęcia swoimi aparatami z lampami błyskowymi na wykręcane żarówki. Me oczy cieszy też detal przepalonych żarówek na ziemi.

Jeżeli uważasz, że most na którym dochodzi do wymiany więźniów jest bardzo podobny do oryginału, to masz rację. A to dlatego, bo scena wymiany była nagrywana na dokładnie tym samym moście na którym miała miejsce prawdziwa wymiana w 1962 roku! Podobno kanclerz Niemiec, Angela Merkel, pojawiła się na planie, by zobaczyć nagranie tej sceny.

Znakomita obsada

Czy jest ktoś, kto uważa Toma Hanks’a za złego aktora? Nie pytam, czy go lubisz lub czy podobał Ci się każdy jego film. Pytam, czy ktoś uważa go za złego aktora? Moim zdaniem jest świetny i pokazał klasę w takich produkcjach jak „Forest Gump”, „Apollo 13”, czy „Zielona Mila”. Ja nawet lubię jego rolę w komedii romantycznej „Masz wiadomość”. Co prawda ostatnimi czasy nie było go za dużo widać, gdyż działał jako producent, ale cieszę się, że zgodził się na tę rolę, gdyż nie zawiódł.

Jednak nie tylko Tom Hanks pokazał klasę, genialnie zagrał też Mark Rylance jako radziecki szpieg. Spokój, wyważenie i stonowane poczucie humoru. Jego teksty jak „Would it help?” lub „стоики мужик” moim zdaniem już są kultowe. W przypadku aktora nie można nie zwrócić uwagi ja jego podobieństwo do odgrywanej przez niego postaci Rudolfa Abel’a

Od kiedy wraz z Tabo „grałem” w teatrze zwracam większą uwagę na młodych aktorów i nie ukrywam, że bardzo podobała mi się gra Noah Schnapp, Jillian Lebling i (już nie takiej młodej [jak dzieci]) Eve Hewson. Czuję, że muszę zobaczyć polecany mi przez Agnieszkę serial The Knick, gdzie Eve gra jedną z głównych ról.

Nie chcę zanudzać wymieniając każdego z aktorów, bo cieszyłem się też na widok Sebastiana Kocha, którego imienia i nazwiska nigdy nie pamiętam, ale którego jestem fanem od czasu, gdy ujrzałem to w serialu „Homeland”. Dobra, kończę. Jaka postać podobała się Tobie najbardziej i dlaczego?

Dwie wady filmu

Coś co nie psuje filmu, ale może nieco razić, to akcenty rzekomych Niemców i Rosjan. O ile postacie drugoplanowe jak na przykład osiłki po wschodniej stronie muru Berlińskiego mówiły z dobrym niemieckim akcentem (choć nie wiem czy z berlińskim, bo mieszkałem tylko na południu Niemiec), to nie można powiedzieć tego samego o Marku Rylance, który grając radzieckiego szpiega po rusku po prostu nie mówił. Jednak Markowi wybaczę, bo w swojej roli był cudowny, ale Stevenowi Spielbergowi za drugą wadę już nie.

Uwaga! Spoilery!

Jak można nakręcić piękny film o człowieku o stalowym kręgosłupie moralnym, ceniącym sobie uczciwość, rzetelność pracy, który naraża siebie i całą swoją rodzinę wierząc w konstytucję, pokazać jego zmagania i wygraną, a potem spłycić to do tanich chwytów filmowych mających łapać widzów za serca, a w rzeczywistości traktując ich jak debili.

Wyobraźcie sobie, że James B. Donovan (Tom Hanks) wraca z Niemiec do domu, wita się z żoną, która chwilę później wraz z ich trójką dzieci dowiaduje się z telewizji, że jej mąż jest bohaterem narodowym, który doprowadził do jednej z najbardziej spektakularnych wymian jeńców w czasach zimnej wojny, robi całkowicie zaskoczoną minę, a potem idzie do sypialni znajdując swego męża śpiącego na łóżku i mu się przygląda. To nie brzmi tak źle jak wygląda w filmie. Widać na kilometr, że reżyser na siłę próbuje wmówić widzowi, że rodzina uważa go za bohatera, co niestety jest na tyle sztuczne, że tego bohaterstwa mu nieco ujmuje.

Kolejne ujęcie pokazuje Jamesa w pociągu. Jest to nawiązanie do wcześniejszej sceny, gdy znienawidzony przez opinię publiczną James, z powodu bycia obrońcą rzekomego radzieckiego szpiega, dostaje gromkie spojrzenia od pasażerów czytających prasę. Jednak tym razem pani, która niegdyś była pełna dezaprobaty, spogląda na naszego głównego bohatera z wielkim uznaniem. James spogląda wtedy przez okno i ogląda scenerię. Brakuje już tylko wielkiego banera z napisem „Przepraszamy Ciebie James! Miałeś rację – konstytucja Stanów Zjednoczonych jest najważniejsza!”

Przysięgam, że po tych dwóch beznadziejnie sztampowych ujęciach wykrzyczałem, że brakuje mi jeszcze tylko by przez jakiś płot przeskakiwały dzieci, w celu podkreślenia, że w Stanach Zjednoczonych (najlepszym kraju na świecie przecież) ludzie nie zostają rozstrzeliwani usiłując przeskoczyć przez mur, co miało miejsce, gdy James był w Berlinie.

A potem zobaczyłem to:

„Kurwa no nie. No po prostu kurwa no nie! Boże czy Ty to widzisz?” cytat z filmu „Jak się pozbyć cellulitu” nasuwa się sam na język. Jak można zrobić film, gdzie główna postać staje się niezaprzeczalnym bohaterem, by potem przez ostatnie minuty filmu wpychać widzowi tę informację na siłę drugi raz. To jest tak, jakby ktoś chciał się upewnić, że zjadłeś ciastko poprzez wymuszenie na Tobie jego zwymiotowanie, by ponownie Ciebie nim nakarmić.

Ostatnie ujęcia filmu psują efekt całej produkcji, gdyż ukazują całą bezpardonową tandetę Amerykańskiego kina w najgorszym jego wydaniu. To boli, szczególnie gdy jedyne co trzeba było zrobić, to uciąć film te pare minut wcześniej. Czy Steven Spielberg kiedykolwiek nauczy się kiedy należy skończyć temat i iść do domu? To przecież nie jedyna produkcja tego reżysera, która mimo interesującej fabuły kończy się rasowym facepalm’em.